Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/176

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jak dzień i noc, jak epoki w dziejach ludzkości... aż się zmieniło zupełnie!
Wypowiedziała te słowa spokojnie, bez afektacji, prawie zimno.
Pitt Hardful znowu nic nie wiedział, co czuje i myśli w tej chwili Elza.
Elza! Jakżeż niepodobną jest ta „fru Elza Tornwalsen“ ani do Otto Lowego, ani do Elzy, płynącej na „Witeziu“ z Tajmyru!
W tej chwili podbiegł do nich roześmiany Miguel i krzyknął:
— Przygotowałem w kajucie wspaniały lunch: butelka kalwadosu, sidru baskijskiego — prawdziwego „Ardoa“ — dwie butelki, pudełko sardynek... To wszystko, co zdobyłem na tej cuchnącej kadzi!
— Kochany Juljanie! — zawołała Elza, klaszcząc w dłonie. — Miły Migu, jestem przerażająco głodna!
I znowu wyślizgnęła się ta kobieta, z pod oka obserwującego ją Pitta. Znał ją wszak inną, niezmienną, jak nachmurzone, zadumane spychy fjordów jej ojczyzny, a teraz po kilku latach spotyka taką zmienną, nieuchwytną... „fru Tornwalsen“.
Drażniło go to i wzbudzało chęć do zbadania tajemnicy tak wielkiej zmiany. Kapitan czuł jednocześnie jakąś niczem nieobjaśnioną nadzieję, że wykryje w tej młodej, wzbudzającej w nim podziw kobiecie coś bardzo promiennego i radosnego, chociaż dawniej tego ostatniego określenia nigdy nie mógł zastosować do smętnej Elzy z „Witezia“.
Tymczasem Miguel poprowadził Elzę do kasztelu, mieszczącego się pod pokładem na dziobie holownika.
Pitt Hardful patrzał, jak zniknął wgłębi statku czer-