Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zbrawszy, z rykiem zwycięskim uderzył o znienawidzoną przeszkodę.
Stateczek sędziowski podążył Amerykaninowi z pomocą i z narażeniem się na niebezpieczeństwo wciągnął na pokład prawie nieprzytomnego, pokaleczonego Baldwina.
— Czy pan może przedłużyć wyścig, naturalnie po nałożeniu opatrunku? — zapytał prezes komisji, sporządzający protokół.
Ledwie poruszając blademi wargami i dłonią rozmazując po twarzy wypływającą z pod czepka krew, Amerykanin oznajmił słabym głosem:
— Zdaje mi się, że mam złamane żebro... Przerywam wyścig...
— Niech komisja zapisze do protokółu, że mr. Stanton Baldwin, nieoględnie podpłynąwszy blisko raf i łamacza fal, uległ wypadkowi i odmawia dalszego pojedynku z mrs. Elzą Tornwalsen. Tak należy zapisać dla porządku i ścisłości, aby z czasem nie było nieporozumień i sporów... Powinniście, panowie, podkreślić słowa: „nieoględnie podpłynął“ oraz „odmawia“, co znaczy, że „uznaje się za zwyciężonego“. Czyż nie mam racji, mr. Baldwin?
Zdanie to wypowiedział płynący na holowniku lord Seebold Warwick.
Baldwin, półzemdlony, szczękający zębami i obolały, w milczeniu skinął głową.
Statek, rzucany potężnie i pochylany na lewą burtę, całą siłą pary oddalał się od zdradliwych raf i doganiał Elzę Tornwalsen, płynącą wciąż naprzód i naprzód.
Tuż za nią sunął czarny holownik Pitta, kołyszący