Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Dwa tysiące dolarów, że mrs. Tornwalsen przerwie wyścig koło środkowego łamacza fal! — ryczał mr. Cornyle. — Stawiam tę sumę, rozumie się, w wypadku, jeżeli ta dama wogóle nie zażąda odroczenia wyścigu.
— Przyjmuję! — rozległ się nagle spokojny głos i z grupy przyjezdnych Anglików wystąpił młody człowiek o rozumnej, chociaż nieco roztargnionej twarzy. Miał on na sobie zbyt luźny szary garnitur sportowy i ciemno-fjoletowy, niedbale zawiązany krawat.
Amerykanin triumfująco spojrzał na Anglika, jakgdyby widział przed sobą niewątpliwą ofiarę, i zapytał, dotykając kasketki:
— A może tak na dwadzieścia tysięcy dolarów, że mrs. Tornwalsen wogóle nie popłynie?
— Nie! — odparł Anglik. — Byłoby to z mej strony oszustwem, gdyż wiem, że mrs. Tornwalsen nigdy się nie cofa. Stawia pan zatem dwa tysiące dolarów?
— Well! — wrzasnął mr. Cornyle. — A z kim mam zaszczyt?
— Jestem lord Seebold Warwick, profesor uniwersytetu... — nie podając Amerykaninowi ręki, odpowiedział młody Anglik i natychmiast wyjął książeczkę czekową.
— John Cornyle... — mruknął Amerykanin.
— Wiem o tem! — odezwał się lord Warwick. — Pan tak się tu rządzi, że narazie wziąłem pana za dyrektora restauracji, lecz objaśniono mnie...
Mr. Cornyle zaciął wargi i stracił na werwie.
W pobliżu skoczni, skąd się miał zacząć start, stłoczyli się ci, którzy wcześniej zdążyli zająć najlepsze miejsca.