Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


widzący przed sobą drogi życiowe, po których swobodnie chadzają, jakgdyby to były połyskujące posadzki salonów.
W Londynie wynajęła wygodny apartament i zaangażowała słynną nauczycielkę i wychowawczynię — zubożałą arystokratkę, lady Rozalję Steward-Foldew.
Narazie postanowiła unikać wszelkiej szczerości i jakichkolwiek bądź wyznań przed starą lady.
Zraziła ją bowiem i przejęła chłodem majestatyczna, sztywna postać dostojnej Angielki, jej zimne, blado-szare oczy i surowe zaciśnięte, cienkie wargi. W postaci tej wszystko mówiło o obowiązku i konieczności dobrego tonu, nic za to nie pozwalało podejrzewać śladu czułego i wrażliwego serca.
Lady Steward-Foldew też ze swej strony uważnie i podejrzliwie przyglądała się nowej wychowanicy. Raziło ją prostacze obejście Elzy, zbyt silne i gwałtowne ruchy, dziwny dla kobiety chód — mocny i kołyszący się — a niemal do rozpaczy doprowadzała ją marna angielszczyzna, przeładowana niemożliwemi do zniesienia marynarskiemi wyzwiskami i okrzykami.
Gdy lady Rozalja, poznawszy dokładnie wszystkie braki wychowania pupilki, wyłuszczyła jej zasady dobrego tonu, Elza dobrodusznie poklepała ją po kolanie i zawołała:
— Już rozumiem! Muszę ster przełożyć na sztymbor i obciągnąć cumki na lorę. Pełny drejf i...ru! na cichą wodę!
Angielka ledwie że nie zemdlała, lecz, spojrzawszy w szafirowe oczy Elzy, wyglądające z pod opadającej na czoło złocisto-płowej czupryny, uśmiechnęła się łagodnie.