Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


baczka słuchała pełnych uroku słów Eryka Tornwalsena. Elza przypomina sobie nieznany na morzu punkt, gdzie poczuła, że jej własne życie utonęło w życiu Eryka Stefana, Białego Kapitana, na zawsze, tak, jak ciało ponurego Olafa Nilsena zniknęło w otchłani Atlantyku, w pobliżu skalistych Lofotów... a potem stanęło przed nią widmo dnia, w którym straciła nadzieję, żeby „Biały Kapitan“ powrócił do niej, chociaż przysięgła mu była, że czekać na niego będzie wytrwale...
Tak myślała, lecz podświadomie nie wierzyła temu i... nie wierzy...
Powróci Eryk Stefan! Powróci niebawem!
Uśmiechnęła się smętnie i łzawo.
Ileż to razy bowiem, pozwalając sobie na te marzenia i wspomnienia, mówiła temiż słowy: „Powróci Eryk Stefan! Powróci!“? Tymczasem mijały lata i nic o nim nie wiedziała... Może umarł, a może zmieniło się oblicze jego i w oczach zagasł upór żelazny? Może żyje gdzieś tak, jak tysiące i miljony ludzi, cicho, bezbarwnie, tylko dla siebie?...
Wzdrygnęła się cała na tę myśl i podniosła głowę. Oczy jej pałały, oddychała ciężko.
— Nigdy! Eryk Stefan nie przestał być „Białym Kapitanem“! — szepnęła gorąco.
Nieraz w głębi jej duszy zjawiała się pewność, że „Biały Kapitan“ żyje i pozostał dawnym człowiekiem, czy raczej duchem świetlanym, za jakiego uważała go zawsze.
Przygotowywała się do upragnionego spotkania z nim.
Przygotowywała się!...
Rozumiała przecież i czuła, że pomiędzy jej światem a światem Pitta Hardfula leży przepaść. Chwilowy,