Strona:F. A. Ossendowski - Okręty zbłąkane.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Elza milczała.
Zaniepokojona przyjaciółka co chwila zaglądała jej w oczy.
Wreszcie Elza wzruszyła ramionami i rzekła:
— Kubańczyk też był atletą, a jednak...
— Tak, ale tego dnia nie mieliście sztormu, a morze było gładkie, jak lustro, moja droga! — zauważyła lady Rozalja.
Elza podniosła nagle głowę i spytała:
— Nie rozumiem, czego chcesz ode mnie? Czy żebym za wszelką cenę płynęła, czy — żebym zaniechała zamiaru?
— Moja droga Elzo, pragnę, abyś się nie hazardowała zbytnio! Stacja meteorologiczna przepowiada straszliwy sztorm i podaje jakieś potworne liczby w dziesiątkach metrów, na czem zresztą wcale się nie znam, chociaż przeraża mię to podświadomie. Chciałabym, abyś, nim jest jeszcze czas, odroczyła wyścig do bardziej odpowiedniego stanu morza. Gazeta twierdzi, że prawidła sportowe nietylko pozwalają, lecz wprost wymagają tego...
Wypowiedziawszy swoją myśl, lady Steward-Foldew dotknęła ramienia wychowanicy i czule przycisnęła ją do siebie:
— Połączę się telefonicznie z mieszkaniem mr. Cornyle, z którym, nie zwlekając, porozumiesz się co do ustalenia innego terminu walki z Baldwinem — rzekła.
Elza Tornwalsen szarpnęła się gwałtownie i, tupiąc nogą, mówiła, dobitnie rzucając słowo po słowie:
— Oby wam się kotwica urwała! Oby wam najostrzejsza rafa od kilu zajrzała do rumu! Stanął zakład, czy nie stanął? Stanął, a więc popłynę, chociażby tu