Strona:F. A. Ossendowski - Miljoner „Y“.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


który zdaje się przelewać w źrenicach zaczajonej w mroku istoty. Zielone oczy? Takie natarczywe, groźnie nieruchome. Należą niezawodnie do kota.
Tam, w krzakach, stoi i patrzy polujący na antylopy i zające drapieżnik: kulumassi-genetta, porywający po wsiach kury i perliczki; serwal, lampart, lub może nawet — lew.
Tak! Może lew...
Przed północą Y zawsze słyszy głuchy, groźny ryk, jakgdyby grzmot daleki...
Czerwone ogniki zapalają się też wśród gałęzi drzew. To przebudzone ptaki otwierają senne oczy, a najczęściej migają wśród listowia płomienne oczy benguingui — małego lemurka — płochliwego i zwinnego.
Przed świtem dżungla ożywała. Zwierzęta i ptaki zdążały na wodopój do rzeki. Przebiegały tu czujne antylopy i wstrętne, prychające dziki, szakale i hieny, małpy i drapieżne koty.
Chłopaki nieraz słyszały łomot uciekających przez dżunglę antylop, ściganych przez lamparta lub lwa, i przeraźliwe rechotanie małp, strwożonych widokiem sunącego w haszczach serwala lub geparda.
Na błotnistym brzegu, koło zwalisk czerwo-