Strona:F. A. Ossendowski - Miljoner „Y“.djvu/93

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Coraz częściej zwracał się do „Wspaniałego” i błagał Go, aby wskazał, dokąd Y ma prowadzić chłopców po ostatecznem wyschnięciu rzeki?
Ognisko, podsycane przez stojących na czatach murzynków, płonęło wesoło i rzucało czerwone blaski, przedzierające się w głąb dżungli. Y wpatrywał się w mrok, panujący wśród konarów, i widział rzeczy cudowne.
Oto zapaliły się w haszczach dwie krwawe iskry. Mienią się i skrzą nieruchomo, jakgdyby nieznane kwiaty, zjawiające się nagle na niewidzialnym w ciemności krzaku. Wódz uśmiecha się. Wie, że to błyski ogniska zapaliły czerwone iskierki w źrenicach antylopy.
Chłopak miarkuje, że nie może to być bole fore — mała ruda antylopa o czarnych, śpiczastych rożkach; to będzie raczej sing-sing o pokręconych mocnych rogach — duże zwierzę, lubiące zielone równiny; a może to być też największa z antylop — dyinki-dianka, o której zawsze marzył Soko, nie mogąc ani razu podejść ostrożnego potężnego byka.
Płonące czerwienią źrenice znikają nagle.
Y słyszy lekki trzask gałęzi i tupot racic.
Coś spłoszyło antylopę, ale co?
Ach! Znowu zapalają się czyjeś ślepia, ale jakżeż odmienne! Połyskują zielonym ogniem,