Strona:F. A. Ossendowski - Miljoner „Y“.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rawana dzielnie i wytrwale posuwała się naprzód. Zmieniali się chłopcy przy noszach i nic nie przerywało marszu.
Już noc zapadła, a wódz prowadził swój oddział i nie dawał sygnału na zakładanie obozu. Dopiero, gdy wyszli na dużą polanę, gwizdnął cicho i szepnął coś do Llo.
Grubas zatrzymał chłopaków i rzekł do nich:
— Wódz kazał stanąć tu i rozpalić ogniska. Na tej polanie spędzimy noc...
Chłopaki ochoczo, śmiejąc się i nawołując, zabrały się do roboty.
Ogromny stos, złożony z suchych gałęzi konde, buchnął wkrótce czerwonym płomieniem, oświetlając dżunglę, która, obstąpiwszy dokoła polanę, jakgdyby zdumiona, przyglądała się czarnym, odważnym chłopakom.
Śmiech, głośne okrzyki i odgłosy kroków i uderzeń ciężkich maczet nie trwały długo. Cisza zapanowała nagle przy ognisku. Znużone dzieci pragnęły snu. Na polanie tkwiło trzech wartowników. Któryś z nich od czasu do czasu dorzucał do ognia suchą gałąź, a gdy podsycony płomień buchnął wyżej, odchodził na dawne miejsce. Czerwone połyski zapalały się na szerokich ostrzach dzid uzbrojonych murzynków.