Strona:F. A. Ossendowski - Miljoner „Y“.djvu/38

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


czeństwa. Zeskoczyły na niższe gałęzie, wstrząsały niemi, zgrzytały zębami i warczały złośliwie.
Z krzaków wyskoczyła czarna antylopa, a tak blisko od Umaru, że chłopak zdążył dosięgnąć jej oszczepem. Padła z przebitą szyją.
Wódz nasłuchiwał czujnie. Dochodziły go różne odgłosy. Coś posapywało i chrapało niedaleko od niego; w innem znów miejscu rozlegał się trzask gwałtownie rozsuwanych krzaków; tam i sam śmigały małe, płowe zajączki.
Martwa napozór dżungla ożywiła się nagle. Zewsząd dobiegały odgłosy spłoszonej zwierzyny.
W kotlinie zauważyć się dawał coraz większy ruch. Zwierzęta zamierzały wydostać się z zarośli, okrywającej jej dno, lecz wszędzie spostrzegały lub węszyły obecność ludzi, ze wszystkich stron otaczających to miejsce.
Antylopy, dziki o ryjach, ozdobionych narościami i zakrzywionemi „szablami”,[1] zające, dzikie, plamiste koty przedzierały się przez gąszcz i migały pomiędzy pniami drzew.
Y przystanął wreszcie i zatrzymał Umaru. Ukryli się obaj za grubemi drzewami.

Wódz przytknął pięść do ust i wydał głuche, basowe trąbienie.

  1. Wystające kły.