Strona:F. A. Ossendowski - Miljoner „Y“.djvu/201

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ha! — mruknął do siebie. — Przyobiecałem niegdyś małemu Llo, że w takim gmachu będziemy zarabiać miljony. Spełniłem, com przyrzekł!
Dumą okryła się twarz młodzieńca, lecz po chwili przygasły błyski w roziskrzonych oczach.
— Zgrzeszyłem... — pomyślał. — Pycha zapanowała nade mną, a tymczasem, cóżbym znaczył bez pomocy Boga, Ojca naszego...
Zwrócił się do sekretarki i poprosił, aby wyszła z gabinetu.
Ledwie zamknęły się za nią drzwi, dumny dyrektor Spółki padł na kolana, ukorzył się przed Bogiem i wyszeptał:
— Dziękuję Ci, Ojcze nasz, za wszystko, coś dał mi nędznemu i grzesznemu! Ślubuję Ci, że nie użyję zdobytego bogactwa dla siebie tylko, lecz użyję go dla dobra braci moich, którzy opieką otoczyli mnie w dzieciństwie, a pozostają ciemni, ubodzy, bezbronni i wyzyskiwani! Dopomóż mi w tem, Wielki Boże tak, jak czyniłeś to wtedy, gdym nazywał Cię „Wspaniałym”, wzrokiem moim szukając oblicza Twego w niebie!
Od tego dnia codziennie widziano młodego, czarnego dżentelmena, w godzinach porannych wysiadającego z samochodu przed gmachem „Woolworth Buiding”.