Strona:F. A. Ossendowski - Miljoner „Y“.djvu/183

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Chciałbym wiedzieć, coby na taką hecę powiedzieli kulawa ciotka Bisir i nasz poczciwy wójt z Rugary, hę?
Y parsknął śmiechem, bo pytanie to było istotnie zabawne.
Wstąpili na lody do cukierni „Brothers Carletti”, gdzie wystrojone panie i panienki ze zdumieniem spoglądali na pewnych siebie czarnych „dżentelmenów”.
W pewnej chwili Llo trącił łokciem towarzysza i szepnął do niego:
— Na Boga! Oddawna już przyglądam się tobie i jestem przekonany, że obmyślasz coś nowego?
Y spojrzał na niego przenikliwie i w milczeniu skinął głową.
— Ach, ty... rru! — z miłością w głosie powiedział Llo i poprosił kelnera o drugą porcję lodów, tych najlepszych, mieszanych, pistacjowych i poziomkowych.
Y zerknął w stronę chłopaka i ze śmiechem rzekł:
— Ach, ty... żarłoku łakomy!
Po wyjściu z cukierni, chłopcy się rozstali. Llo zamierzał pójść do biura spółki, gdzie miał coś do roboty, a Y wstąpić do banku.
— Muszę sprawdzić, jaki też kapitał mamy