Strona:F. A. Ossendowski - Miljoner „Y“.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Czekam jutro na pana, mister Y; zastanie pan u mnie tego zdolnego mechanika, o którym wspominałem panu. Podpiszecie u mnie umowę, no i przystąpicie do wspólnej pracy.
— Dziękuję panu, mister Allen Howard! — odpowiedział mu chłopak i wyszedł.
Ledwie się drzwi za nim zamknęły, kustosz zdjął okulary i, przecierając szkła, spytał portjera:
— Czy wiesz, kto to był, Albercie?
— Jakiś czarny pędrak, panie dyrektorze.
— Nie! — potrząsając głową, zawołał kustosz. — To — przyszły miljoner... Ja ci powiadam, że obaj posłyszymy wkrótce o mister Y.
— Y! — zaśmiał się portjer.
Mister Y! — powtórzył z naciskiem staruszek. — Pod tą czarną skórą i kędzierzawą czupryną kryje się złote serce i złoty mózg! Tak, tak, mój Albercie! Zapamiętaj to sobie dobrze: — mister Ymiljoner Y!
Czarny Y nie nadaremnie przez cały tydzień „spacerował” sobie po Nowym Jorku samotnie, bo gadatliwy, niezmiernie wesoły i roześmiany Llo przeszkadzałby mu skupić myśli.
Y odwiedził rodzinę Thomasa Red’a, gdzie zastał grubego szypra, który powrócił był na swoim „Daddy Ralph’ie” z afrykańskiej po-