Strona:F. A. Ossendowski - Miljoner „Y“.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Naradzali się długo, a gdy skończyli, Y poszedł do biura Czarnego Bima.
— Szefie — rzekł poważnym głosem — przyszedłem podziękować za dobroć waszą, mister Bim, a kochanej pani Bim i całej rodzinie pana... za opiekę nad nami.
— Cóż ci strzeliło do głowy, rru? — spytał zaniepokojony raptem Bim.
— Chcemy podziękować też za służbę — odparł chłopak. — Wielki czas zaczynać coś na własną rękę, szefie...
Murzyn milczał, wpatrując się w poważną twarz Y.
Po chwili potrząsnął głową i mruknął:
— Rozumiem... Rozumiem... Musicie myśleć o przyszłości... Nie zechcielibyście na całe życie pozostać otwieraczami ostryg, jak ci pijacy — Czerwony Pedro, Jednooki Flask lub kulawy John Hawks... Ja to rozumiem!
Pani Bim, posłyszawszy, że chłopcy odchodzą, zapłakała serdecznie.
Nie starała się jednak odwieść chłopaków od ich zamiaru; rzekła tylko ze smutnem westchnieniem:
— Szczęść wam Boże, dzieci!
Tegoż wieczora chłopcy zamieszkali w małym hoteliku w dzielnicy portowej.