Strona:F. A. Ossendowski - Miljoner „Y“.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Będzie pan mógł karmić nie trzystu, lecz siedmiuset gości codziennie — powiedział Y. — Co do mnie, to od jutra staję do roboty sam. Llo będzie mi pomagał, ale szef nic mu płacić nie będzie...
— Dziwy! — mruczał Bim. Co temu chłopakowi chodzi po głowie?
Y nie wszczynał tej rozmowy na wiatr.
Pracując, przyglądał się i myślał.
Zrozumiał, że otwieracze tracą dużo czasu na schylanie się po ostrygi, leżące przed nimi, i na wrzucanie mięczaków do kubła.
Postanowił zwłokę tę usunąć, ale zażądał za to opłaty.
Nazajutrz otwieracze ze zdumieniem przyglądali się murzyniątkom.
Y siedział na swojem zwykłem miejscu, lecz trzymał na kolanach deskę, opartą o kubełek. Llo usiadł przy wodzu z lewej strony, naukos.
Brał ostrygi ze stosu i rzucał je towarzyszowi, który zręcznie łapał je w powietrzu i, opuszczając prawą rękę, natrafiał muszlą na nóż, zaciśnięty w lewej dłoni. Skorupa się otwierała a podcięty mięczak spadał na deskę i ześlizgiwał się do kubła.
Po skończonej pracy Y zbliżył się do Bima i rzekł do niego: