Strona:F. A. Ossendowski - Miljoner „Y“.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Po chwili podbiegł do kryjówki Llo i szepnął do niego:
— Tymczasem siedź cicho, a zaciskaj sobie nos, aby nie kichnąć. Gdy będziesz mi potrzebny, gwizdnę na ciebie. Wtedy wygramolisz się z tej dziury, zrobisz bardzo przyjemną minę i staniesz przy mnie.
— A czy nakarmią nas? — z zaciekawieniem zapytał Llo.
— Cicho bądź, bo tymczasem chodzi wyłącznie o naszą skórę. Troskę o brzuch pozostaw na potem — poradził Y.
— Kiedy on tak mruczy, że nie słyszałem nawet, coś mówił... — usprawiedliwiał się wesoły murzynek.
Y odszedł od niego i stanął przy burcie.
Żeby się trzymać równo, musiał szeroko rozstawić nogi, bo morze zaczęło podrzucać okręt i chylić go na lewo, to znów na prawo. Wiatr coraz głośniej huczał wśród żagli i lin. Pale zderzały się z ostrym dziobem szybko płynącego żaglowca i co chwila rozpryskiwały się na setki spienionych strug, płatów i bryzgów, w których zapalały się nagle piękne, barwne tęcze.
Cały tłum marynarzy otoczył niebawem stojącego samotnie murzynka.
Ogromny, gruby szyper, o zjeżonych rudych