Strona:F. A. Ossendowski - Miljoner „Y“.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Doczekał się, aż wróciły chłopaki, zabrane do kuchni przez dozorcę, i odprowadziwszy na stronę wysokiego Umaru, szepnął do niego:
— Wskoczę ci na plecy, a ty trzymaj mnie! Chcę wyjrzeć przez okno!
Uczepiwszy się bambusowych krat, długo się rozglądał, wreszcie zsunął się na ziemię i rzekł do chłopców:
— Posłuchajcie! Biali ludzie chcą nas jutro ukarać chłostą. Jest to niesprawiedliwe! Nabroiliście, to prawda, lecz nie rozumieliście tego, coście robili. Musimy w nocy uciec z więzienia i dać nura do dżungli, jak najdalej od białych, którzy tu hojni są na kije. Ja tam swojej skóry podstawiać nie zamierzam!
— Ani ja również! — odezwał się natychmiast Llo. — Podziurawią mi ją, to i skóra nanic!
Chłopcy milczeli.
— No, a wy, co o tem myślicie? — zapytał Y.
Po długiem milczeniu odezwał się Dil — garbarz:
— Eh, co tam! Niech biją, aby dawali nam taką dobrą polewkę i kaszę z prosa. Skóry od tego nie ubędzie nam!
— A pewno! — dorzucił Boro.
— Jedzenie to grunt! — zawołały inne dzieci.
— Jedzenie — to grunt! — zawołały inne dzieci.