Strona:F. A. Ossendowski - Miljoner „Y“.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Znam ja was czarnych nicponiów! Przyszedłeś tu na zwiady, zawracałeś mi głowę, a tymczasem twoja banda dokonywała rabunku? Osadzić wszystkich w więzieniu, poddać chłoście, a potem wysłać na trzy miesiące na zniszczone przez nich plantacje. Niech tam odrobią, co zburzyły, te czarne potworki!
Z murzynkami załatwiono się szybko, bo w kwadrans po wyroku komisarza, oddziałek z wodzem na czele siedział już pod kluczem w obszernej izbie więziennej.
W południe zjawiło się dwu dozorców. Przynieśli kocioł z polewką, koszyk orzechów ziemnych i misę warzonego prosa.
Chłopaki zajadały z takim apetytem, aż im się uszy trzęsły, a gdy się nasyciły, wszedł jeden z dozorców i rzekł:
— No, teraz pięciu chłopców pójdzie ze mną szorować naczynia, a pamiętajcie przygotować skórę, bo jutro wyłoją ją wam na glanc.
Y, który nie dotknął jedzenia, ponuro wysłuchał tej przemowy i jakieś myśli niespokojne i drażniące zaczęły mu świtać w kędzierzawej głowie.
— Moja skóra nie jest do łojenia na glanc... — mruknął wreszcie. — Nie zawiniłem nic, więc nie mogę być karany.