Strona:F. A. Ossendowski - Miljoner „Y“.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Y postanowił spędzić tę ostatnią noc w dżungli, a rano pójść razem z Llo do miasta białych ludzi na zwiady i obmyśleć coś dla całej swojej gromady.
Wczesnym rankiem wyruszyli, poleciwszy chłopakom, aby nie wychodzili z lasu, czekali cierpliwie i siedzieli cicho.
Miasto wprawiło w zdumienie czarnych wędrowców.
Szczególnie nadziwić się nie mógł mały Llo.
Wysokie, białe domy, oplecione kwitnącemi powojami, werandy pod zielonemi i żółtemi płóciennemi namiotami, biało ubrani mężczyźni i strojne kobiety, auta, kominy i maszty okrętów, stojących w porcie i wyrzucających czarne słupy dymu, jaskrawe wystawy sklepów — wszystko to — nigdy niewidziane — zmuszało chłopaków stawać co chwila i gapić się na wszystkie strony.
— Hej — tam! — rozległ się głośny okrzyk i jakiś murzyn w mundurze i hełmie, z białym, grubym kijem w ręku zbliżył się do chłopaków. — Skąd jesteście? Jak się nazywacie? Poco tu przybyliście? Czego szukacie?
Ten grad pytań oszołomił murzynków. Patrzyli na złocone ozdoby, połyskujące na hełmie, ra-