Strona:F. A. Ossendowski - Miljoner „Y“.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wóz, mknący bez koni?
Wóz, wydający gniewne poryki?!
Było w tem coś tak przerażającego, że cała gromadka rozpierzchła się na wszystkie strony i z głośnemi krzykami i szlochem gnała przez dżunglę.
Z nimi też razem zmykał Y.
Nastraszył go dziwny wóz, więc chciał być jak najdalej od niego. Biegnąc, przypominał sobie wszystko, co spostrzegł na drodze białych ludzi. Taką szeroką drogą chadzał już w osadzie, gdy usługiwał w domu białego nuri i madam. Lecz wóz?!... Miał w sobie coś ze straszliwego potwora...
Niezawodnie miał, lecz... jeden szczegół...
W tym potworze siedziało dwóch „białych”... Y zauważył, że obaj się śmiali i wymachiwali rękami, a więc... nie był to żaden potwór, tylko coś, czem kierowali mądrzy, biali ludzie...
Z trudem pozbierał Y rozproszonych chłopaków i podzielił się z nimi swemi myślami. Poprowadził towarzyszy dalej, nie wychodząc już na drogę.
Wkrótce spotkali murzynów, rąbiących gałęzie obalonego diala. Dowiedzieli się od nich, że zbliżają się do portu — dużego miasta nad brzegiem morza.