Strona:F. A. Ossendowski - Miljoner „Y“.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


morze, o którem słyszał piękne opowieści od białych ludzi i o którem śpiewali w Rugarze starcy.
Bezgraniczna, okiem nieogarnięta, zlewająca się z niebem, lazurowa pustynia skrzyła się przed nim. Nigdy nie był nad brzegiem morza, lecz domyślił się, że widzi je przed sobą.
— Morze! — zawołał i nagle umilkł zdumiony.
Jakiś daleki, lecz potężny ryk dobiegł jego uszu i częstotliwem echem długo odbijał się od konarów drzew.
— Co to jest? — pytali chłopcy, obstępując wodza.
— Nie wiem... — odparł. — Być może, dowiemy się wkrótce... Ruszajmy!
Znowu szli przez dżunglę, a przed wieczorem wynurzyli się z kniei na szeroką drogę.
Zrozumieli chłopcy, że gdzieś wpobliżu muszą być ludzie — dobrzy, biali ludzie, którzy nakarmią, napoją, dadzą przytułek i otoczą opieką małych tułaczy.
Nogi niosły ich coraz szybciej.
Z poza zakrętu drogi wywinął się nagle jakiś wóz.
Pędził z głuchym, ochrypłym rykiem i turkotem.
Był to zwykły samochód Forda, lecz murzyniątka nigdy nie oglądały nic podobnego.