Strona:F. A. Ossendowski - Miljoner „Y“.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wódz rozkazał towarzyszom nazbierać tych orzechów.
Tegoż wieczora każdy z chłopaków miał sporą paczkę kola, starannie ułożonych pomiędzy kawałkami kory.
Nazajutrz chłopcy ruszyli dalej.
Y gnał jak wicher, wyprzedzając swój oddziałek, i wkrótce przekonał się o sile i podniecającym wpływie koli. Nikt z towarzyszy nie skarżył się już na pragnienie, ani jeden z nich nie czuł głodu i znużenia. Szli przez cały dzień, żując orzechy, i dopiero noc wstrzymała tak gwałtowny marsz.
Trzy dni z równą szybkością prowadził murzynków Y.
Nikt z nich nie osłabł. Wódz zauważył tylko jedną okoliczność, która zastanowiła go i zaniepokoiła.
W tłumie przedzierających się przez dżunglę chłopaków panowało teraz głuche milczenie.
Nikt nie żartował i nie śmiał się. Wszystkie twarze spoważniały, oczy nabrały ponurych błysków.
Rozmyślając nad tem, szedł wciąż naprzód, aż pewnego popołudnia z wysokiego pagórka, skąd odkrywał się rozległy widok, ujrzał nagle