Strona:F. A. Ossendowski - Miljoner „Y“.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


glę, siały wokół śmierć i tam, gdzie ona szalała, żywe istoty przez długi czas powracać nie śmiały.
Czarne chłopaki zapuściły się jednak do milczącej ponurej kniei.
Y przekonał się, że mrówki powędrowały dalej, albo, znalazłszy obfitującą w żywność miejscowość, osiadły, zbudowały sobie gniazda i ukryły się pod ziemię.
Chłopcy dążyli ku rzece, aby dojść do wody i zaopatrzyć się w ryby.
Napotykali jednak wszędzie do dna wyschłe łożysko, więc zmuszeni byli iść dalej. O świcie rozpoczynali zwykle poszukiwania korzeni dzikiego manjoku, ussunifingów, przypominających ziemniaki, i cebulę. Tem się żywili od kilku dni, dążąc wciąż na południe, aż, na szczęście, znaleźli niezniszczone przez manjan drzewo kola, obciążone orzechami.
Murzyni przepadają za ich gorzkiemi ziarnami i żują je całemi dniami, wypluwając gęstą, czerwoną pianę.
Y ucieszył się, ujrzawszy kola. Wiedział doskonale, że orzechy te mają leczniczą siłę. Człowiek spragniony, trapiony głodem i nieraz śmiertelnie znużony po spożyciu koli nie czuje żadnych cierpień, ani też zmęczenia.