Strona:F. A. Ossendowski - Miljoner „Y“.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


a w innem znowu miejscu w najwyższym popłochu ogromnemi susami mknęły rude koziołki i para płowych lwów. Drapieżniki nie myślały nawet napadać na antylopy i zające; słabe, prawie bezbronne zwierzęta nie czuły strachu przed potężnym wrogiem.
Inny — większy, pozbawiający ostrożności i czujności strach przytłumił krwiożerczość drapieżników i bojaźliwość drobniejszych, słabszych stworzeń.
Coś strasznego musiało się dziać w dżungli, skoro tak przerażało jej mieszkańców.
Y spostrzegł, że niektóre zwierzęta przebiegały napół wyschłe łożysko „rzeki szczęśliwości”, lecz natychmiast powracały jeszcze bardziej nieprzytomne ze strachu. Miotały się od wschodniej strony dżungli do zachodniej, jakgdyby zamknięte w niewidzialnej pułapce. Od południa nadbiegały tymczasem nowe gromady zwierząt, w zgiełku prześcigając się wzajemnie, tłocząc, potrącając się i mknąc ku północy.
Jakiś niewytłumaczony strach ogarnął Y.
Strach ten wzmógł się jeszcze bardziej, gdy chłopak ujrzał ogromne stada małp, skaczących z przeraźliwym skrzekiem z drzewa na drzewo. Wszystkie gatunki pomieszały się tu ze sobą. Czarne małpki, babuiny, zielone i rude małpy,