Strona:F. A. Ossendowski - Miljoner „Y“.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Znam to miejsce... — mruknął, kiwnąwszy głową, Y. — Cóż dalej?
— W pobliżu tych kamieni przechodzi głęboki wąwóz z korytem wyschłego potoku... Zbieraliśmy na jego zboczach kaura, gdy nagle spostrzegliśmy stadko dużych sing-sing’ów — mówił chłopiec.
— Zwykła rzecz... — wzruszył ramionami Llo. — Ileż to razy spotykałem w dżungli sing-sing’i, powracające z wodopoju!
— Tak, ale antylopy uciekały całym pędem — odparł Busarma — a tuż obok nich, nie napadając na nie, pędziły szakale...
Y nie słuchał więcej.
Niepokój, który dręczył go oddawna, wybuchnął z nową siłą: schwyciwszy oszczep, pobiegł w stronę dżungli.
Nie zdążył jeszcze dotrzeć do znanego mu wąwozu, przywalonego okrągłemi, gładkiemi kamieniami suchego łożyska, gdy zmuszony był zatrzymać się nagle i zaczaić w krzakach.
W dżungli działy się bowiem rzeczy dziwne, nigdy przez niego nie widziane.
Y spostrzegał co chwila mniejsze i większe stadka antylop, a wśród nich pędzące naoślep szakale, złociste koty, zwinne genety; tam i sam migał pięknie cętkowany grzbiet lamparta,