Strona:F. A. Ossendowski - Afryka.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


iż łańcuch dźwiga ześlizgnął się z bloków i może pęknąć, z rozmachem uderzając o ziemię.
Robotnik szybko się obejrzał i spostrzegł natychmiast komisarza, stojącego tuż pod dźwigiem.
Skalski podbiegł i, szarpnąwszy Anglika za ramię, odciągnął go na stronę. W tej samej chwili ogniwo łańcucha się zerwało, a koniec jego ze świstem i brzękiem smagnął deski pomostu.
Anglik rzucił się do swego zbawcy i, potrząsając mu ręce, dziękował gorąco.
Ten to właśnie komisarz wyrobił Skalskiemu posadę na kopalniach złota pod Johannesburgiem, gdzie miał brata, inspektora górniczego.
Znowu więc powrócił Polak do Transwaalu i zamieszkał w osadzie Boksbury, w wąskiej dolinie, otoczonej zewsząd skalistemi zboczami gór Witwaters Rand.
Pracował teraz w niedawno założonej kopalni złota i miał pod swym dozorem stu Hindusów, którzy dynamitem i piroksyliną odrywali skały a odłamki ich wywozili na fabrykę, gdzie maszyny mełły je na proszek. W innych budynkach z tego proszku wyciągano złoto zapomocą trującego cjanku potasu.
Chociaż zarobki Skalskiego znacznie wzrosły, jednak nie czuł się on dobrze w Boksbury.
Nie mógł się Polak pogodzić z brutalnem traktowaniem cichych, milczących Hindusów przez dumnych i bezwzględnych Anglików.
Biali policjanci, dozorcy, sztygarzy, mechanicy i inżynierowie — każdy, kto chciał, nazywał bez-