Strona:F. A. Ossendowski - Afryka.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie skończył, gdy dzwon, umieszczony na ratuszu wydzwonił sygnał przybycia okrętu.
Korytem Konga, szerokiem na kilka kilometrów przy ujściu, powolnie wychodząc z poza zakrętu rzeki, sunął duży parowiec. Z trzech jego kominów buchały czarne kłęby dymu, na maszcie powiewała bandera belgijska. Statek ryknął syreną i jeszcze bardziej zwolnił biegu, kierując się ku palom przystani.
Minął jednak dobry kwadrans, zanim czarni ładownicy pochwycili rzucony im z pokładu cienki sznur, uwiązany do cumy. Pieniąc mętną wodę potężnemi uderzeniami śruby, „Król Albert“ obrócił się dziobem do Oceanu i, płynąc rufą naprzód, burtą dotknął palów długiego pomostu przystani.
Spuszczono chodniki i majtkowie zbiegli na pomost, pozdrawiając znajomych i przyjaciół.
Po chwili od strony rufy tragarze zaczęli wynosić skrzynie i worki, innym zaś chodnikiem popłynął na przystań potok ludzki. Przybywający pasażerowie z walizkami w ręku, oddawali bilety stojącym przy wyjściu oficerom i szli do szopy, gdzie mieściła się komora celna i urząd paszportowy.
Noro Matasa stał na uboczu, płonącym wzrokiem wpatrzony w tłum, schodzący z parowca.
Wreszcie podniósł obie ręce do góry i krzyknął radośnie:
— Fang, mój miły Fang! Bywaj mi, bywaj!