Strona:F. A. Ossendowski - Afryka.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


go na szczapy, polewano naftą i podpalano. Nikt tu nie pocił się nad karczowaniem pozostałych pni. Postępowano zupełnie inaczej. Wiercono w nich głębokie kanały zalewano jakimś płynem i podpalano, najbardziej zaś wilgotne i oporne resztki drzew wysadzano w powietrze dynamitem.
W ten to sposób właściciel plantacji, belgijski agronom, pan Roman de-Voss w ciągu jednego roku przygotował dla przyszłej plantacji znaczny obszar gruntu, wyrwanego dziewiczej dżungli.
Przed nastaniem pory ulewnej Belg zaczął sadzić równemi rzędami sprowadzone z wysp Antylskich i z Brazylji drzewka kakao i kawy, a pomiędzy niemi Noro wraz z innymi murzynami wrzucał do porobionych w ziemi otworów ziarnka tych roślin.
Przez trzy lata pracował Matasa na nowopowstałej plantacji, a gdy ujrzał pierwszy, obfity urodzaj, chodził głęboko zamyślony. Przepracowawszy jeszcze trzy lata u pana de-Vossa, Noro powziął niezłomne postanowienie. Umyty i odświętnie ubrany przyszedł do biura i poprosił woźnego, aby zameldował go plantatorowi.
Wkrótce wchodził już do gabinetu swego gospodarza.
— A a, Noro Matasa! — zawołał Belg. — Co cię tu sprowadza, przyjacielu!
Murzyn, wyprostowany i poważny, zaczął objaśniać łamaną francuszczyzną.
Massa zna Noro, — Noro pracuje od założenia plantacji, Noro dobrze, uczciwie pracuje...