Strona:F. A. Ossendowski - Afryka.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wolności i lenistwa tubylcy stali się rolnikami i, wzbogaciwszy się, zapomnieli wkrótce o karabinie i szabli, których nie chciały się imać spracowane przy pługu dłonie. Młodzi Algierczycy, ukończywszy szkoły francuskie, nie pamiętali już starych pieśni wojowników, marząc nie o krwawych najazdach i wojnach, lecz o wiedzy, która zapewniłaby im stanowisko wśród innych narodów, dobrobyt i wolność.
Wieśniacy z Tellu nie lubią awanturniczych rodaków, wszczynających bunty i zamieszki w kraju, podejrzliwem okiem patrząc na tajemnicze karawany, dążące na południe. Wiedzą oni, że tam, wśród dzikich i ciemnych koczowniczych szczepów, różni fałszywi prorocy i samozwańczy wodzowie knują coś, narażając na niebezpieczeństwo łatwowiernych a bitnych prostaków.
Abdallah nie czuł się bezpiecznie na Tellu, więc parł, ile tchu wiebłądom starczyło, przez ten spokojny, lubiący ład i sprawiedliwość kraj. Postanowił wypocząć wśród ruin starego, rzymskiego grodu. Obawiał się jednak, że kilku Francuzów, pracujących zwykle nad wykopaliskami Timgadu, już przybyło na roboty. Uspokoił się dopiero wtedy, gdy wysłany na zwiady poganiacz doniósł mu, że znalazł w mieście jednego tylko stróża.
Abdallah wiedział, że człowiek ten, otrzymawszy od niego pięćdziesiąt franków, będzie milczał, jak ryba, więc śmiało już skierował swych ludzi ku ruinom.