Strona:F. A. Ossendowski - Afryka.djvu/23

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nierowie i chemicy przerabiali ścięte badyle na cukier; beczki i skrzynie z cukrem ładowano na statki i odstawiano do portu Aleksandrji.
— Za parę miesięcy — mówił z uśmiechem profesor — ludzie ze skrajnej północy Europy — w Norwegji i Szwecji będą pili kawę i herbatę, osłodzoną waszym cukrem!
— A pieniądze za niego schowają sobie do kieszeni Anglicy! — wybuchnął Mohammed.
Francuz zaśmiał się cicho i spytał:
— Czy widziałeś Fellachów, pracujących na plantacji i cukrowni? Otrzymali dziś swoją zapłatę i patrzyliśmy na nich, jak biegli do sklepów angielskich i kupowali niepotrzebne, zbytkowne rzeczy. Gdyby oszczędzali, mogliby zebrać wspólny kapitał i założyć własną plantację i cukrownię. Tymczasem trwonią ciężko zapracowane pieniądze na niepotrzebne im, drogie rzeczy, przynoszą je do swoich nędznych chat, gdzie wynędzniałe kobiety z takim trudem zbierają na źle uprawionem polu ubogi urodzaj prosa i kukurydzy. Powiedz mi, któż temu winien — Anglicy czy Fellachowie?
Mohammed zacisnął wargi i namarszczył gęste, czarne brwi. Wreszcie mruknął:
— Jesteśmy ciemni i leniwi! Nasza to wina, że jesteśmy ograbiani...
Maunier kiwnął głową i przytaknął:
— No, widzisz! No, widzisz! Pamiętaj, że nienawiść nie uratuje was. Musicie się uczyć, łączyć