Strona:F. A. Ossendowski - Afryka.djvu/16

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Maunier westchnął i, pochylając się ku niemu, powiedział:
— Opętał ich zły duch chciwości, chłopcze! Sprzedawali ziemię — karmicielkę za złoto białych przybyszów. Sprzedawali swoje siły i pracę dla zarobku, porzucali skromne życie dla zbytku, chociaż na korzystanie z niego nie mieli czasu. Praca na plantacjach wymaga całego wysiłku człowieka od wschodu słońca i do zachodu!
— Prawda!... prawda! — syknął Mohammed. — Niektórzy nie modlą się już w południe, gdy muezzin nawołuje z minaretu. Nie mają na to czasu...
Nic już nie mówiąc, powracali do hotelu.
— O dziewiątej przyjdziesz do mnie i pojedziemy na statek — przypomniał Mohammedowi Francuz, gdy stanęli przed hotelem.
Chłopak ze zdumieniem na twarzy spytał:
— Pan nie chce pojechać do Gizeh?
Maunier wzruszył ramionami i odparł:
— Poco? Zobaczyć piramidy? Wiem przecie, że Sfinks, przezwany „ojcem strachu“, stoi na tem samem miejscu, gdzie go postawiono przed sześciu tysiącami lat; wiem że piramidy Cheopsa, Chefrena, Mykerina i inne mniejsze wznoszą się nad piaskiem Libijskiej pustyni. Pamiętam dokładnie, że są one grobowcami dawnych władców Egiptu — faraonów i wielkich kapłanów bogów Amona i Ozirisa. Nie wątpię, że tysiące biednych ludzi zabito i zamęczono przy wznoszeniu