Strona:Ernest Buława - Poezye studenta - tom I.pdf/313

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

O! dzięki! już pękają jutrzenki podwoje —
Już lecę — żegnaj ziemio! — jak piersi szeroko!





ELEGICZNE ZAKOŃCZENIE TEGO USTĘPU.


Cóż to za kamień uświęcony leży,
Obsadzon czterma w koło topolami?
Z których się każda żali listeczkami —
W szmeru tajemny dreszcz z nad fal wybrzeży?
Głaz ten co wieczór roszą łez perłami —
I tam falami sinego jeziora
Czy to się łódka wolnem żaglem sunie,
Czy mgła tumanem ku brzegom się snuje?
O nie! to łabędź z rana do wieczora
Od dnia do nocy przez fale żegluje!
Lecz czemuż płynąc, nigdy skrzydły swemi
Dumnie po śnieżnej nie uderzy fali?
Nie wyda głosu, ni pióry białemi
Nigdy nie wstrząśnie, nie spojrzy wesoło
I żywszym ogniem powiek nie rozpali? —
Lecz smutnie piersią prując modre fale,
Płynie milczący? a wody w około
Ledwie poruszą modrych fal kołyski.
Łabędź już brzega zielonego blizki,
Znowu odpływa, przypływa, odpływa
I tonąc pieśnią w błękitnym krzysztale,
Wiecznie żegluje, nigdy nie spoczywa. —
Ale posłuchaj — ledwo zmrok wieczora
Dopadnie ziemię i ludzi oddali,
I ledwie Luna z nad urwisk jeziora
Przejrzy twarz bladą w zwierciadlanej fali
Obacz jak łzami kora drzew opływa,
Jak w wietrze jakiś głos tajemny śpiewa,
Jak każda z topól boleśnie się żali,