Strona:Emil Zola - Germinal.djvu/237

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Objaśnij mi swój program. Chcę widzieć do czego zmierza nim go uznam.
Ale Souvarine zamknął dyskusyę. Znowu łagodny, rozmarzony spoglądał kędyś w dal i rzekł.
— Zbrodnią jest wszelkie konstruowanie stuczne przyszłości, gdyż to przeszkadza niszczeniu, tamuje rozmach rewolucyi.
Stefan roześmiał się, choć równocześnie wstrząsnął nim dreszcz zimny. Wyznać sobie przytem musiał, że było w tem wiele prawdy, pociągała go przytem owa straszliwa prostota czynu. Tylko zalecając podobne postępywanie strejkującym dałoby się zbyt łatwe zwycięstwo Rasseneurowi. Teraz należy być praktycznym.
Pani Desir zaprosiła ich na śniadanie. Poszli do bufetu oddzielonego w dni powszednie przepierzeniem od sali balowej. Zjedli jajecznicę i ser, a Souvarine mimo próśb Stefana wybierał się do domu.
— I pocóż mam słuchać waszych dzieciństw i głupstw? Mam tego dość. Bądź zdrów!
I poszedł ćmiąc papierosa, jak zawsze uparty i łagodny zarazem.
Stefan był coraz niespokojniejszy. Wybiła pierwsza. Pluchart pewnie zawiedzie. Około poł do drugiej poczęli schodzić się delegowani, musiał ich więc przyjmować i kontrolować zaproszenia, gdyż obawiał się, że Kompania naśle swych szpiegów. Bez zaproszenia wpuszczał jeno znanych dobrze osobiście górników. O drugiej ujrzał Rasseneura, który wypalił sobie spokojnie fajkę u bufetu nim wszedł do sali. Oburzyła go do reszty owa pewność siebie, będąca wyzwaniem, zwłaszcza, że zjawiło się równocześnie kilku dowcipnisiów jak Zacharyasz, Mouquet i ich paczka, którym nie był w głowie strejk jeno wybryki wszelakie. Radzi, że nic nie robią zasiedli u stołów przepijając ostatnie grosze i kpiąc z innych, biorących sprawę z tragicznej strony.
Czas mijał, poczynano się już niecierpliwić w sali. Stefan machnął ręką rospaczliwie i już miał otworzyć