Strona:Emil Pouvillon - Jep Bernadach.djvu/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

odwagi. W pewnych chwilach jednak próbował rozumować, próbował przystosować się do nowej sytuacyi, wytworzonej przez nieszczęście. Ponieważ Jep miał po nim dziedziczyć, ponieważ tak nakazywało prawo, a on na to nic nie poradzi, czyż nie lepiejby było pogodzić się ze synem, poddać się rzeczy nieuniknionej? Chłopak, co prawda, miał szkaradne, czerwone przekonania, ale był młody, mógł się nawrócić. Zdarzyło się to przecie już nieraz. Śmierć brata zmieniała postać rzeczy. Przyszły dygnitarz gminny nie mógł tak myśleć jak skromny kowalczuk. Tak, ale zło już się stało i było już zapóźno naprawiać je.
Niedługo po katastrofie z Galderykiem, Bernadach udał się na audyencyę do podprefekta i usiłował wpłynąć na niego, skłonić go do interwencyi na korzyść Jepa, do podania prośby o ułaskawienie. Ale podprefekt odmówił. Niepowodzenie tego pierwszego kroku, napełniło Bernadacha przekonaniem, że wszelkie usiłowania będą daremne. Niedoszły dygnitarz wiejski miał zostać zesłany do Algieru. Dużo przytem było danych, że nie powróci stamtąd... cóż począć... dziedzictwu zabrakło dziedzica, klęska była zupełną. Więc po cóż wszelkie usiłowania zgody, szkoda upakarzających kroków... ten buntownik odepchnąłby go jeszcze pewnie! Zresztą z tego niema żadnych korzyści. Bernadach przez kilka dni męczył się w sytuacyi bez wyjścia.
Ale list Jepa, otrzymany wczoraj, otwarł mu