Strona:Emil Pouvillon - Jep Bernadach.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

tam na dole, to było jasne, dragon, Bepa, wszyscy! Nie było Jepa, a więc wiwat Galderyk! Co za bezczelność, co za podłość jednak! Ale nie, na tem nie koniec. Pójdzie i pokaże im, że Jep jeszcze nie umarł!
Nie namyślając się wiele popędził w dół. Już dobiegł do plantacyi oliwek, naprzeciwko wsi, gdy jakiś przypływ zastanowienia wstrzymał go na miejscu. Schodzić do Katlaru w popołudnie niedzielne, gdy wszyscy byli na ulicach, to jednak za głupio! Dla przyjemności zemsty zaryzykować nawet samo udanie się zemsty? Przecież schwytają go na pewne i na tem się wszystko skończy!
W pobliżu miejsca, gdzie się zatrzymał, w sadzie oliwkowym Giressa, stała koleba opuszczona, tam się ukrył. Nie miał już biedak sił, nie wiedział co robić. Gniew chwilowo zasłonił mu jego nieszczęście, szał morderczy nie dał mu czuć rany własnej. Ale teraz cierpiał strasznie. Bepa przestała go kochać. Wszystko zbladło wobec tego nieszczęścia. Idee Jepa, plany zemsty, znikły w ataku rozpaczy. Czy Bepa będzie należała do Galderyka, czy do innego, to było jej osobistą sprawą. Niestety, nie będzie tylko nigdy jego kochanką, jego żoną! Niewierna jest, bez serca! Ale żal mu jej było mimo wszystko, kochał ją może właśnie dlatego bardziej. Że go zdradziła, to nie zmniejszało blasku jej oczu, świeżości ust wiśniowych nie ćmiło. A tych oczu i ust pożądał, kibici tej pragnął, którą tulił do bie