Strona:Emil Pouvillon - Jep Bernadach.djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

miał głowę pełną czarnych myśli. O czemże mogą mówić? Ale jeśli w indywiduum rozmawiającem z Bepą, domyślił się Galderyka, działa się rzecz straszna, krew zalewała mu oczy, a ręka machinalnie szukała noża w kieszeni, jak gdyby rywala mógł stąd dosięgnąć.
Pewnego dnia Jep ujrzał, jak brat wszedł do kuźni. Była to niedziela, a Bepa zamiast iść z przyjaciółkami na przechadzkę, jak zwykle czyniła dawniej, zamknęła się po nieszporach w swojej izdebce. Natychmiast zazdrość podszepnęła Jepowi, że to zdrada, że to schadzka ułożona i w dodatku może nawet za wiedzą Malhiberna. Zapomniała, zapomniała go... ha, ileż to razy wydarzyło się już od kiedy świat istnieje!
Jep liczył minuty rozmowy. Wydawało mu się, że to trwa wieczność. Muzyka przygrywająca do tańca w pobliskiej, wielkiej sali kawiarnianej, dochodziła, z powodu... tramontany... bardzo wyraźnie jego uszu. Nie mógł jej znieść. Zachrypłe głosy piszczałek, burczenie bębnów, przywodziły mu na pamięć miłe chwile minione... czuł się tem bardziej samotny, tem więcej opuszczony. Ale począł cierpieć jeszcze gorzej na widok wychodzących razem Galderyka i Malhiberna. Szli obok siebie, jak para przyjaciół, a pożegnali się potem uściskiem ręki. Ten uścisk ręki brata starszego, był policzkiem dla młodszego.
Jep wiedział dosyć. Zadrwili sobie z niego