Strona:Elwira Korotyńska - Litościwa mrówka.djvu/16

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jak nic, to i ja nic, mój panie. Idź gdzie pieprz rośnie i nie zawracaj mi głowy... Nie dla ciebie zbierałam zapasy na zimę. Do widzenia!
— Do widzenia? Ach! nie ujrzy mnie już nikt! Umrę z głodu...
— A wiesz, to najlepsze dla ciebie... dosyć mamy na świecie próżniaków... niech umierają te zakały społeczeństwa.
Górą praca!
Szybko przesunęła się po żółtym liściu kolorowym i znikła.
A konik padł bezsilny na płatek zwiędłej georginji i omdlał.
Tymczasem wiatr ustał, ukazało się złociste słońce, niebiosa okryły się błękitem, ciepły powiew padł na zziębnięte trawy i zioła, niektóre z nich uniosły do góry opadające ku dołowi listki i ruchem płatków pytały: — Czy to lato powraca?
Konik polny nie pytał nic, nie miał żadnych złudzeń, ni nadziei.
Na podłożu wiednącej georginji leżał smutny i blady, głodem i niedolą zwalczony.