Strona:Elwira Korotyńska - Jagusia sierotka.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dziewczynce sen kleił powieki, opuściła śliczną główkę na piersi i usnęła.
Zajaśniał pierwszy promień słońca, gdy Jagusia ocknęła się ze snu.
Przetarła chabrowe oczęta i patrzy. Jest na drugiej już stronie, za morzem, jest już blisko swej biedniutkiej chateczki. Któż ją przeniósł? co się to z nią stało?
Spieszy, biegnie po ścieźce, którą zawsze chodziła i zdziwiona przygląda się dziwu.
Na tem miejscu, gdzie stała jej uboga chatynka, pałac jakiś wspaniały.
Jagusia stoi oczarowana i patrzy...
A tu z bramy pałacowego dziedzińca wysuwa się orszak rycerzy, a na czele ich przecudnej urody młodzieniec.
— Przyszłaś! przyszłaś, oczekiwana, ukochana dzieweczko, — mówi do niej, wyciągając ramiona, — czekałem cię lat tyle i oto jesteś!
I wprowadza ją do królewskich komnat, a muzyka gra weselnego marsza, a Jagusia w złociste przybrane szaty...

KONIEC.