Strona:Eliza Orzeszkowa - Stare obrazki.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


trzymał i szarpał. Ogłupiała zrazu gromada widzów, potém wybuchła śmiechem. Śmieli się nawet edyle, od śmiechu spełniać nie mogąc tego, co do nich należało, to jest pojmania zdemaskowanych przestępców prawa. Ja zaś wiem, że gdyby nie dwie fabrykantki masek: zgrabna obłuda i grzeczna przystojnaść, wszyscy śmiertelni stworzyli-by łańcuch taki, w którym każdy, krzywdziciela swego za włosy schwyciwszy, swoję łydkę lub szyję uczuł-by w garści przez siebie skrzywdzonego. Oto jest, Aureli, rzecz wielce podobna do muzyki gwiazd i do stadka niewinnych ptasząt, broniących wspólnemi siły rodzinnego swego drzewa! Takim jest moloch, w którego objęciu, ty — gorejesz!
Przez chwilę milczeli obaj. Cień zasmucenia powlókł twarz Aureliusza.
— Żądać, Lucyuszu, ażeby źli nie czynili źle, jest to wymagać od dzikiéj jabłoni, aby rodziła słodkie owoce, od konia pustyni, aby nie wierzgał kopytem, od niemowlęcia, aby krzykiem nie raziło uszu, od lichéj gliny, aby posiadała białość i twardość marmuru. Kamień rzucony w górę, tyle, wznosząc się, ma zasługi, ile winy, gdy spada ku ziemi. Lecz ogrodnicy zaszczepiają na dzikich drzewach wyborne płonki; twego Awisa staranne pielęgnowanie pokoleń uczyniło wcale różnym od nieposkromionego przodka; niemowlę rozumnie chowane staje się wzorem przystojności; pod warstwą szpetnéj gli-