Strona:Eliza Orzeszkowa - Stare obrazki.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ny, umiejętne oko odkrywa pokład marmuru, a dłoń Praksytela wykuwa z niego, arcydzieła piękna. To ci wytłómaczy, dla czego wiedząc o złem, wierzę w dobro i, mogąc stać się żakiem, babrającym się w glinie, wolę być Praksytelesem, dobywającym z ludzkości jéj piękne marmury.
Giestami przeczenia, zdziwienia, niecierpliwości, Lucyusz swe gibkie ramiona podnosił i opuszczał, roztwierał i krzyżował. Lekką stopę postawił na bronzowym podnóżku cezara i pieściwie głowę ku jego piersi przychylił.
— Phantazos, roznosiciel ułudnych snów, obłąkał szlachetny twój umysł. Kocham cię, Aureli, i o ciebie jednego z pośród śmiertelnych czasem niepokój mię bierze. Wszystko mi dałeś, co mam i nie dokuczyłeś mi nigdy. Wzajem, odkąd ludowi i wojsku ukazałeś mię, jako drugiego Cezara, nie porwałem się do wyścigania ciebie w rządach i chwale; owszem, jak Kupido, któremu-by pozwolono przywdziać hełm Minerwy, skromnie siedzę ukryty w moim koszu róż. Ojcem, wodzem i dobroczyńcą moim uznałem cię chętnie, ajakże-bym mógł nie otwierać ci oczu na prawdy najwidoczniejsze? Powiem wszystko, co wiem. Wczoraj, spacerując po mieście, ujrzałem około Kolizeum zbiegowisko ludzi. Stanąłem z boku, aby niespostrzeżony przysłuchać się, o czém téż oni gwarzą. U ścian amfiteatru zgromadzeni, mówili oni i krzyczeli, że jesteś