Strona:Eliza Orzeszkowa - Mirtala.djvu/5

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ogromny Cesarski rzym huczał i wrzał w pobliżu, nie tak przecież blizko, aby na skrajach gaju i w jego głębinach uroczysta cisza panować nie mogła. Dość rzadko przerywały ją kroki pobożnych pielgrzymów, przybywających tu, aby pokorny hołd złożyć ołtarzowi bogini, albo zaczerpnąć wody ze świętego źródła. Świątynie Rzymu liczne były i z upływem czasu coraz liczniejsze; współubiegały się z niemi coraz liczniejsze téż i wspanialsze miejsca zabaw i przechadzek. Dnie całe mijały często, a żadna stopa ludzka nie dotknęła bujnych i ukwieconych traw świętego gaju, żaden głos modlitewny nie złączył się ze szmerem strumienia; wiekuiście wijącego srebrną swą wstęgę u stóp śnieżnego posągu bogini.
Przecież u jednego ze skrajów gaju, tam, gdzie zbiegały się wiodące ku niemu, ozdobne, bukszpanami osadzone i bazaltem usłane, ścieżki, codziennie, od wczesnego poranku do późnego wieczora, przesiadywał człowiek, widocznie nad ścieżkami temi straż trzymający. Stróżowanie to ujawniało się w ruchoméj zagrodzie, przezroczystéj, złoconym bronzem zdobnéj, a wejście do świętego gaju tamującéj dopóty, dopóki pobożny pielgrzym nie włożył drobnego pieniążka w dłoń stróżującego tu człowieka, a on przed nim zapory téj nie usunął. Drobne pieniążki były podatkiem, płaconym państwu przez tych, którzy gaj święty nawiedzać pragnęli; człowiek zaś, u zbiegu ścieżek czuwający, poborcą skromnéj téj i do uiszczenia łatwéj daniny.
Rzymski poborca ten, ani z ubioru, ani z rysów twarzy, na Rzymianina nie wyglądał, i dość było jednego nań rzutu oka, aby w nim poznać przybysza ze Wschodu. Od szyi chudéj, zwiędłéj i żółtéj, do stóp, których podeszwy tylko i palce ukryte były w grubych i płytkich sandałach, cienką i przygarbioną postać jego przyoblekała luźna brunatna suknia, z grubéj szorstkiéj materyi, w stanie ściśnięta żółtawym, od zużycia wystrzępionym, pasem. Na głowie miał on gruby, ciężki, żółtawéj barwy zawój, którego twarde niby gzémsy ocieniały twarz pięćdziesięcioletnią, żółtą, zwiędłą, chudą, z długim, garbatym nosem i długą, od posiwienia popielatą, w twarde kędziory wijącą się, brodą. Z pod zawoju, wzdłuż policzków, spływały téż długie, popielate kędziory włosów, a z obu stron garbatego nosa, pod czarnemi jeszcze, zjeżonemi brwiami, oczy wielkie, jak noc najgłębsza czarne, paliły się ogniem gorącym i patrzały w przestrzeń z wiekuistym jakby, nieskończonym, przejmującym smutkiem. Namiętnemu smutkowi oczu tych odpowiadał wyraz ust cienkich i bladoróżowych, które, w gęstwinie siwiejącego zarostu, nieustannie, nieustannie wiły zadumane lub gorzkie uśmiechy, albo do pustego pola, do szafirów niebieskich, do nieruchomych buków i dębów, do kipiącéj i echa kipienia swego tu przysyłającéj stolicy, przemawiały niedosłyszalnemi szepty. Na poręczy złoconéj balustrady siedząc, cieniem gaju od skwaru słońca okryty, z bosemi stopy swemi w płytkich sandałach, kołyszącemi się nad ziemią, w chudych, zczerniałych palcach przebierający strzępie swego pasa, z płomiennym wzrokiem swym i zgarbionym grzbietem, człowiek ten zdawał się być