Strona:Eliza Orzeszkowa - Marta.djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


poddaną zostać takiemu losowi jak ten, który stał przed nim w postaci tej kobiety osamotnionej, bez dachu, z sercem rozbolałem i ustami spalonemi gorączką głodu i rozpaczy? Wszak sam mówił przed chwilą o okrutnej zmienności losu!
Spojrzenie jego zwolna spłynęło na twarz Marty, wyciągnął ku niej rękę.
— Uspokój się pani, rzekł łagodnie i poważnie. Chciej usiąść i odpocząć chwilę. Nie poczytasz mi przecież pani za niedelikatność, jeżeli pragnąc jej być użytecznym, zapytam o pewne nieodzowne szczegóły. Czyś próbowała już pani jakiej innej pracy prócz tej, która ci tak nędzne przynosi wynagrodzenie? Do jakiego zajęcia czujesz się pani najbardziej usposobnioną, uzdatnioną? Wiedząc o tem może coś obmyślę... znajdę...
Marta usiadła. Łzy oschły na twarzy jej, oczy nabrały tego wyrazu rozsądku i przytomności, który był im właściwym, ilekroć młoda kobieta skupiała władzę woli swej i umysłu. Nadzieja wstąpiła w jej serce, zrozumiała, że spełnienie jej zależy od rozmowy którą prowadzić miała, uczuła się znowu śmiałą i wydawała się spokojną.
Rozmowa ta przecież nie trwała długo. Marta mówiła szczerze, lecz zwięźle, zatrzymywała się tylko na faktach swej przeszłości.