Strona:Eliza Orzeszkowa-Nad Niemnem (1938) tom III.djvu/179

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dla tej, że nadmiar już chciwym stał się, a najwięcej dla tej, że uboższymi gardził, prawie ich za ludzi nie mając...
Tu Fabian, który dotąd więcej żałosnym niż rozgniewanym głosem przemawiał, rękę na kłębie oparł i wąsy najeżył.
— Niechaj mnie darowanym będzie — zawołał — że przed synem na ojca to wypowiadam... ale w panu dobrodzieju jedyny ratunek obaczywszy wszystkie skrytości serca otworzyć muszę. Srogi na twarzy jest pan Korczyński i język ma gruby...
— Inaczej jak mruk do człowieka i nie zagada... — przebił ktoś drugi.
Głosy zmieszały się znowu, zawrzały.
— Złymi słowami siecze po duszy, gorzej niżby rózgami po ciele siekł!...
— Jakby go język od dobrego słowa bolał...
— A jednakowoż może być, że przygłaskaniem prędzej by nas zmusił swego dobra strzec niżeli biciem!
Apostoł zza tłumu ramion i głów ciemnymi okularami pobłyskując wołał:
— Z mułu i błota ziemskiego, rodzaju myśmy ludzkiego!
Fabiana głos znowu przeniósł i przetrwał inne.
— I mrówka ma swój gniew! — pot z czoła i policzków ocierając wołał. — I myśmy się już dla pana Korczyńskiego wszelakiej życzliwości pozbyli. Jakie: pomagaj Boże, takie: Bóg zapłać! Wytoczyliśmy panu Korczyńskiemu wojnę, i słuszności swojej pewność mieliśmy...
Witold, w swobodnej zrazu postawie na stole siedząc i przez to nad otaczającymi go postaciami i głowami górując, teraz uczynił ruch niespokojny czy niecierpliwy.
— Moi drodzy — zawołał — czegóż wy ode mnie chcecie? co ja na to poradzić mogę? Puśćcie mię stąd.
Ze ściągniętymi brwiami zeskoczyć chciał z wysokiego siedzenia swego, ale otoczono go jeszcze ściślej, a Fabian i za ramię go pochwycił.