Strona:Elegie Jana Kochanowskiego (1829).pdf/072

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ELEGIA  I.

DO OSSOLIŃSKIEGO.


Jakiem ci Ossoliński! winien jest podzięki,
To wszystko z serca wydać nie mojéj rzecz ręki,
To jednak będą moje Kameny świadczyły,
Póki krew nieustanie okrążać me żyły.
Ty téż Muzo! gdy w smutne popłynę otchłanie,
Zdarz! niech ta pieśń na czasy dalekie zostanie,
Niech pozna wiek potomny ku mnie jego chęci,
Niech sława starożytna imie jego święci,
Bo kiedy na mnie nieszczęść zmówiło się mnóztwo,
I miłość niepozbędna i twarde ubóztwo,
On mię jeden od czarnéj rozpaczy wybawił,
I w nieszczęśliwym dla mnie miejscu niezostawił,
Wszelakich dróg probował by mię z ran uleczył,
Któremi do szaleństwa bożek mię skaleczył;
Lecz wtedy taki ogień gorzał w mojém łonie,
Jakim Etna wybucha lub Apońskie tonie,
I jakobym w cudownym zakosztował Locie,
Anim myślał o miłym do kraju powrocie.