Strona:Elegie Jana Kochanowskiego (1829).pdf/052

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Wziąwszy na się Dyanny postać i zasłony,
Mężem ci się objawił, stąd Arkas zrodzony,
Na to Juno zazdrosna gniewem się rozżarzy,
“Nie będziesz mieć (mówiła), bogom równéj twarzy,
Stało się — w niedźwiedzicę czarną zamieniona,
Kalisto! do Jowisza wyciągasz ramiona,
Aż użalon, do nieba wziął matkę i dziécię,
Gdzie jasno przy północnym biegunie świecicie.
Wolniéj mi, wolniéj spieszcie wy Siedemtryony,
Wolniéj tocz o Menale wóz twój rozpędzony,
Ty pospieszaj Lidyo! dokąd miłość woła,
Bo nocy niewstrzymane przetoczą się koła,
Sama Febe nad Iber już wychyla oczy,
W mokry dworzec Nerei w rychle wóz zatoczy, —
Mnie ona nie zadziwia że bicza nie szczędzi,
I z swego stanowiska spieszniéj konie pędzi,
Nie zayrzę Latmonowi — niechaj całowanie,
Śpiący zyska — O stokroć szczęśliwy młodzianie!
Przed którym wóz skrzydlaty wstrzymuje Latona,
I śpiącego przytula do śnieżnego łona,
I wonnych ust ku wargom śmiertelnym podawa,
Czego tylko jest świadkiem samotna murawa, —
A ty moja Lidyo możesz tak odwlekać,
I mnie na smutném łożu dajesz tyle czekać,
Dajesz Siedemtryony na próżno przyzywać,
I na wiecznie milczące bogi utyskiwać! —
Może i ty jak Luna, chcesz kochanka złudzić,
I śpiącego, znienacka całunkiem przebudzić,