Strona:Edward Boyé - Sandał skrzydlaty.djvu/73

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nie wierzyłem im nigdy, gdy przepowiadały
Noc, gdy po mnie nadejdą mroków aniołowie!

Dwubarwna gra kolorów, była grą mych losów,
Zdrada damy kierowej, twą zdradą okrutną,
W słoneczne popołudnie września, kiedy smutno
Pajęczyny się kładą na czerwienie wrzosów!

I trzeba było wówczas pchnąć mnie w pierś, pchnąć z mocą,
Opuściwszy na ostrze kilka kropel jadu,
A konałbym, jak kona okiść winogradu
Raptownym, ostrym szronem zwarzona przed nocą!

Kto nazbyt chwali życie i puhary wznosi
Za zdrowie swoich szaleństw, wesela i męki,
Ten także o śmierć nagłą pośród uczty prosi,
Nim puhary wypadną ze zgrzybiałej ręki.

Włóczęgom, psom, poetom — lepiej ginąć w drodze...
Włóczęgom — bo przybycie horyzont uśmierca,
A niekażdy z psów starych chce służyć przy nodze,
Nie każdy śpiewak może znieść ruinę serca!

Ja zaś byłem włóczęgą, psem, poetą razem,
Patrząc ci wiernie w oczy i śpiewając: Ave!
...Lecz, gdy miałem umierać... Z litości wyrazem
Poskąpiły mi noża — twe dłonie łaskawe!

I oto żyję, żyję... Innym nożem pchnięty,
Beznadziejna świadomość wstecz me oczy zwraca.
I szmerem rudych liści gasi i zatraca
Ruch sandału, nieznacznie w przyszłość wysunięty.

...A po drogach, po ścieżkach — kędy spojrzeć — wszędzie
Rozsiadły się pałuby ze słomy złocistej,