Strona:Edward Boyé - Sandał skrzydlaty.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Kędy usta przenoszą sen o ust koralu,
Nad pierwsze, niesłychane zresztą upojenia!

Więc lepiej pozostańmy tak rusałko moja,
Ucząc się żyć poezją i poezją kończyć,
Jak dwa kwiaty daremnie pragnące u zdroja,
Z dwóch brzegów przeciwległych swe kielichy złączyć.

A gdy jesień w kwieciste wejdzie wirydarze,
I ostatni z wierzchołka strąci liść dębowy,
W alejach bladych astrów śmierć nam drogę wskaże,
Rozdzierając błękity przez okrzyk pąsowy.

Rozstaniemy się z sobą... A potem się stanie
Wiele, wiele dobrego... Zostanę artystą,
Urzędnikiem, lub stróżem, który zgarnia błoto,
A może nawet dobrym, pilnym kancelistą.

A ty? Ach! i przed tobą droga się otwiera,
Droga zasług, wartości i kobiecej cnoty
Będziesz swemu mężowi, jak promyczek złoty
(Prasując w międzyakcie chustki bohatera)

I tylko czasem, czasem, uśpiwszy na chwilę,
Wieczną czujność życiową u spraw kołowrotu,
Odprężymy marzenia do dawnego lotu
I dawne liście dębów znajdziem na mogile.

A oczy w onej chwili winny być świetliste.
Przesycone aż do dna dziękczynnemi łzami,
Za dobrowolną mękę, która między nami
Nie szczęście, ale piękno utworzyła czyste.

Bo oto się fontanny perlą tak, jak ongi
I brylantowym deszczem pierś całuję Twoją,