Strona:Edward Boyé - Sandał skrzydlaty.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Popaliła mu się ogniem twarz blada, jak chusta...
Idę chyłkiem i poznaję: Jezu, Jezu, Chryste!!
Wszak to leżą pod kołami me wiary przeczyste,
Wszak to młodość ma najpierwsza tak okrutnie kona,
Rozpostarłszy na szyn krzyżu męczeńskie ramiona.
Wkrótce dadzą sygnał świetlny! Wskoczę do wagonu
I popędzę w nowe życie śladem mąk i zgonu.
Zobaczycie mnie u okna z podniesionym czołem,
W chwili, gdy mój kształt wczorajszy będzie marł pod kołem!!
Dzisiaj ja, a jutro i wy! Łza do ócz się wciska,
Rozpraszamy się po świecie jak blask od ogniska,
Coraz dalej, coraz ciszej — każdy w inną drogę.
Już się zrywam, już!... a jednak zerwać się me mogę!!
——————————————
Taki skurcz czuć w sobie muszą młodzi marynarze,
Gdy im służba poraz pierwszy morską dal ukaże,
I gdy zwisną w samotności na bocianich gniazdach,
Między morzem, zakochanem w srebrniejących gwiazdach,
A gwiazdami, objętemi przez miłości sidła,
W zawierusze pian, gdzie mewa pręży białe skrzydła
I gdzie dyskiem oceanu będące rybitwy,
Z marynarskich ust zrywają ich ranne modlitwy:
Ave mare tenebrarum, ave, ave vita!!