Strona:Edward Boyé - Sandał skrzydlaty.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Może już jutro... dzisiaj może,
W pozłotnym blasku zórz,
Dyonizos winem oszołomnem
Napełni moją kruż.

Odnajdę myśl i świata węgły
Wzruszę!.. Ach! dusza śni,
O tem, że stanie się melodją,
Na harfie Nowych Dni!

Że wszystkie dźwięki urywane,
Akordy ludzkich śnień...
Wchłonie, odczuje i przetworzy
Na sztukę, w twórczy dzień.
———————————
Tymczasem męka oczekiwań,
Gorączką spiekłych warg,
Przyzywa złote skrzydła bogiń,
Pod złotej zorzy ark.

Wołania dotąd nadaremne
Idą i giną w mgle,
Płomieniąc zorze Maratonu,
Na Cheronejskim tle!