Strona:Edgar Allan Poe - Nowelle (tłum. Beaupré).djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


miał być nie tylko z wychowania, ale i z urodzenia Anglikiem.
— A tu oto jeszcze jeden obraz — rzekł odkrywając zasłonę, po za którą znajdował się portret Marchesy Afrodite. Nigdy jeszcze nie widziałem dzieła ziemskiej sztuki, któreby oddawało z taką doskonałością nadziemską piękność oblicza i postaci. Eteryczna postać Marchezy stała przedemną taką, jaką przedstawiła się oczom moim zeszłej nocy, na stopniach pałacu dożów. W wyrazie jej twarzy dawał się dostrzedz mimo promiennego uśmiechu, ów nieuchwytny cień melancholii, nieodłączny od wszelkiej doskonałej piękności. Prawą rękę trzymała złożoną na piersiach, lewą ukazywała na stojącą u stóp jej etruską wazę. Drobne te stopy były podobnie jak wczoraj obnażone, a z ramion jej wytryskały zaledwie dostrzegalne — jak ze mgły utkane skrzydła, zlewając się z przeźroczem świetlnych oparów, opływających całą jej wdzięczną postać. Przeniosłem wzrok z portretu na twarz przyjaciela mego, i mimowoli wybiegły mi na usta pełne siły słowa Bussy d’Ambois:
»Stoi tu jako posąg Rzymianina, zanim go w marmur śmierć kamienną zmienił«.
— Chodź pan — rzekł po chwili — prowadząc mnie do srebrnego, bogato emaliowanego stołu, na którym stały dwie etruskie wazy, podobne zupełnie do wymalowanej na portrecie. Wcześnie to jeszcze — dodał po chwili namysłu, słuchając uderzenia godziny, pierwszej po wschodzie słońca. Wcześnie to jeszcze, ale cóż robić, wypijmy na powitanie